Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego przygotowało nowelizację prawa autorskiego, której efektem będzie prywatyzacja polskiej kultury. Jej zapisy wprowadzają cyfrowe systemy restrykcji (w skrócie DRM od angielskiego Digital Restrictions Management) w dostępie do dóbr kultury oraz kary więzienia za ich obchodzenie. Efektem tego będzie wykluczenie znacznej części społeczeństwa z życia kulturalnego. [tekst ukazał się w Gazecie Wyborczej 2 czerwca 2006]

Co mają krowy do internetu?

W sierpniu, tuż po żniwach, na drzwiach kościoła pojawiało się ogłoszenie o planach grodzenia wspólnych pastwisk. Na oswojenie się z tą myślą angielscy wieśniacy mieli trzy kolejne niedziele. Potem właściciele ziemi składali odpowiedni projekt ustawy w Parlamencie, który wydawał „Akt Zamknięcia”. Teren można było już ogrodzić niskim kamiennym murkiem bądź żywopłotem, i nikt bez zgody właścicieli nie miał tam wstępu.

Grodzenie pastwisk w Anglii rozpoczęło się w XVI w., ale dopiero w połowie XVIII w. wypracowano sprawne procedury, w ramach których ogólnie dostępne łąki zamienione zostały w własność prywatną. Pomiędzy 1750 r. a 1850 r. wydano 4000 „Aktów Zamknięcia”, co przyczyniło się do tego, że w 1895 r. 99 proc. ziemi było własnością mniej niż 0.5 proc. populacji. Przemiany własności stały się fundamentem, na którym zbudowano nowoczesne społeczeństwo klasowe i liberalny kapitalizm.

„Daj człowiekowi na własność czarną skałę, a zamieni ją w ogród. Daj mu w dzierżawę ogród, a w dziewięć lat zamieni go w pustynię” pisał osiemnastowieczny agronom Arthur Young. Przekonanie, że własność wspólna jest skazana na nieuchronne zmarnowanie trwa do dziś. W 1968 r. biolog Garrett Hardin opublikował esej „Tragedia pastwisk” (“Tragedy of the commons”), w którym pokazał, jak nieograniczony dostęp do skromnych wspólnych zasobów – np. pastwiska – prowadzi do ich szybkiego wyeksploatowania. Na pastwisku można wypasać tylko ograniczoną liczbę krów nim zamieni się ono w zmielone kopytami klepisko. Jednak właściciel kilku krów kierując się własnym rachunkiem strat i zysków raczej będzie wypasał tyle bydła, ile to możliwe, by maksymalnie wykorzystać udostępnione zasoby.

Ta obserwacja szybko została zideologizowana. Na jej podstawie głoszono konieczność prywatyzacji wszelki zasobów publicznych, takich jak wodociągi czy szkoły, choć sama „tragedia pastwisk” raczej dotyczy nie tyle kwestii wspólnej własności, ile sprawowania skutecznej nad nią kontroli. Grodzenie pastwisk było symbolem narodzin współczesnego kapitalizmu. Nie zakończyło się ono, gdy zabrakło ziemi do grodzenia. Prywatną własnością może być wszystko, co społeczność zgodzi się za nią uznawać. Dziś grodzenie przebiega dalej, tyle że już nie w sferze materialnej, ale w sferze informacji. Termin „własność intelektualna”, choć niejasny (odnosi się do szeregu rozmaitych praw, które mają ze sobą niewiele wspólnego – prawo autorskie, patenty i znaki towarowe więcej różni niż łączy) nie budzi zdziwienia, choć pomysł że idee mogą mieć właścicieli jeszcze 100 lat temu zostałby wyśmiany.

Kto wymyślił własność intelektualną?

“Własność intelektualna” pojawiła się dopiero w XVIII w. jako rodzaj ograniczonego w czasie, sztucznego monopolu, który umożliwiał autorom i wynalazcom zarabiania na swojej pracy. Ograniczenie w czasie tego monopolu twórców jest konieczne, aby cała społeczność miała możliwość korzystania z produktów pracy intelektualnej, co jest kluczowe dla rozwoju kultury i techniki. W 1841 r. amerykański filozof i kongresmen Thomas Babbington Macaulay bronił podczas posiedzenia amerykańskiego parlamentu tej delikatnej równowagi pomiędzy prawami autora a prawami społeczności polemizując m. in z tymi, którzy twierdzili że prawo autorskie stwarza nowy rodzaj własności. “To nie jest własność” powiedział Macaulay – i nie dopuścił do wydłużenia czasu ochrony praw autorskich. Niestety – tylko na niecałe sto lat. Obecnie czas ten z pierwotnych 28 lat od powstania dzieła został wydłużony do 70 lat po śmierci autora (w Polsce stało się to w 2001 roku), w najbliższych latach zapewne ponawiane będę próby wydłużenia tego czasu. Problem w tym, że zwiększanie zasięgu i czasu trwania praw autorskich nie jest zawłaszczaniem przestrzeni niczyjej – jest zawłaszczaniem publicznej przestrzeni kultury, i proces ten okupiony jest wymiernymi kosztami.

Twórcy nowożytnego prawa autorskiego zdawali sobie sprawę, że monopol, nawet czasowy, na idee będzie miał katastrofalny wpływ na rozwój kultury. Dlatego prawo przewiduje od niego szereg odstępstw, znanych pod wspólnym mianem dozwolonego użytku. Na dozwolony użytek składają się prawo do cytatu, krytycznej analizy, tworzenia antologii, parodii, tworzenia kopii dzieła na użytek własny i bliskich i cały szereg innych zapisów, dzięki którym zagwarantowany jest równy dostęp do dóbr kultury, swobodny ich obieg oraz działanie instytucji kultury takich, jak biblioteki, szkoły i instytuty naukowe. Prawa te zapisane są zarówno polskiej konstytucji, jak i Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka.

Kultura to nie pastwisko

Negatywne skutki zawłaszczania zasobów niematerialnych, takich jak prawa autorskie, opisane zostały przez Michaela Hellera z uniwersytetu Columbia i Franka Michelmana z Harvardu. Inaczej niż pastwiska dobra niematerialne mogą być wykorzystywana bez obawy, że zostaną kiedyś wyeksploatowane. Im silniejsza kontrola nad takimi dobrami tym mniej są one wykorzystywane i tym mniej pożytku – także finansowego – czerpie z niej społeczeństwo. W swoich badaniach Heller i Michelman skupili się na farmaceutyce, gdzie wiele nowych leków nie trafia na rynek z powodu skomplikowanych procedur patentowych. Doszli do wniosku, że dobra którym nie grozi wyczerpanie – a takimi są idee – lepiej służą społeczeństwu, gdy dostęp do nich jest nielimitowany lub limitowany tylko w ograniczonym zakresie. Swoje wyniki ujęli w haśle „Tragedii antywspólnoty” (angielskie “Tragedy of antycommons”).

Swobodny obieg treści w sferze kultury i nauki jest kluczowy dla współczesnej gospodarki opartej na informacji. Społeczeństwo polskie, którego sukces jest bezpośrednio zależny od dostępu do zasobów kultury i nauki, nie może sobie pozwolić na wznoszenie niepotrzebnych barier w dostępie do informacji, bowiem w ten sposób samo skazuje siebie na cyfrowe wykluczenie.

Grodzenie internetu

W miarę jak prywatyzacja ogarnia kolejne, coraz mniej materialne obszary naszego życia, w coraz większym stopniu jej skuteczność jest zależna od siły aparatu państwowego. W przypadku ziemi własność sygnalizuje samo ogrodzenie. W przypadku „własności intelektualnej” funkcję ogrodzenia pełni aparat władzy dysponujący narzędziami ścigania i karania.

Pojawienie się komputerów i internetu zmieniło sposób, w jaki obcujemy z informacją. Nastąpiła powszechna digitalizacja zasobów kultury: większość muzyki i filmów (płyty CD i DVD) trafia do nas za pośrednictwem sygnału cyfrowego, kwestią najbliższej przyszłości jest cyfrowa telewizja. Pewnie kiedyś przyjdzie też czas na cyfrowe książki – e-booki, tak że cyfrowe kanały komunikacji staną się jedynymi kanałami komunikacji.

Kiedy zasoby kultury są zapisane na nośnikach cyfrowych już nie tylko prawo, ale także technologia umożliwia regulowanie tego co prywatne, a co wspólne. Narzędziem są cyfrowe systemy restrykcji dostępu do dóbr kultury zwane DRM (Digital Restrictions Management). Najlepiej z nich znanym jest regionalne kodowanie płyt DVD. Nie ma prawa, które zabraniałoby oglądania w Europie filmu zakupionego w Stanach Zjednoczonych, ale autoryzowane odtwarzacze DVD odmówią nam wyświetlenia takiej płyty. To jednak dopiero początek.

Systemy DRM eliminują sferę dozwolonego użytku – uniemożliwią zrobienie kopii, zacytowanie fragmentu dzieła w innej pracy, czy pożyczenie cyfrowej książki koledze. Nie znaczy to, że będzie to całkowicie niemożliwe. Systemy DRM bywają mało skuteczne, a ich obejście nie nastręcza specjalistom większych trudności. Ich siła leży przede wszystkim w towarzyszącym ich wprowadzaniu prawie. W przyszłości jednak skuteczność systemów DRM może wzrosnąć. Dlatego już dziś należy tak ustanowić granice ich stosowania, by całość społeczeństwa nie została pozbawiona prawa do swobodnego korzystania z zasobów kultury. W kwietniu Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego przedstawiło propozycję zmian w prawie autorskim, które mają być wdrożeniem unijnych dyrektyw. Jednak zapisy tej nowelizacji idą dużo dalej niż wymaga tego prawo europejskie. Nie tylko legalizują systemy DRM, ale także wprowadzają drakońskie kary za ich obejście w dowolnym celu (grożą za ta 3 lata więzienia) czy nawet posiadanie narzędzi który potencjalnie to umożliwiają (grozi za to rok więzienia). A ponieważ każdy komputer ze zwykłym programem do odtwarzania muzyki jest takim narzędziem, to należałoby skazać co trzeciego Polaka.

Do tego oczywiście nie dojdzie. Prawo w tej formie nigdy nie będzie przestrzegane. Ma stanowić zawsze skuteczne narzędzie egzekwowania nowo powstałej własności w świeżo ogrodzonej kulturze, w której kontrolujący kanały komunikacji nadawca ma pełną władzę zarówno nad autorami, jak i odbiorcami. Ostre stanowisko przeciw nowelizacji wystosował Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów wskazując, że już teraz dobra kultury stają się dobrami luksusowymi. Protestują także organizacje społeczne. Przed wykluczeniem niepełnosprawnych z kulturalnego obiegu ostrzega Stowarzyszenie Przyjaciół Integracji. Internet Society Poland oburzone jest tym, że nowelizacja oznacza łamanie praw człowieka i reguł państwa prawa. Stowarzyszenie Bibliotekarzy Polskich boi się, że w tak zaprojektowanym cyfrowym świecie nie będzie miejsca dla bibliotek. Przestraszyli się nawet policjanci, którzy nie wyobrażają sobie ścigania milionów ludzi, których jedynym przestępstwem jest korzystanie z dóbr kultury.

Kto ma prawa do naszej kultury?

Zdumiewające jest, że propozycja nowelizacji wyszła z rządu, który swoją politykę opiera na ideach solidaryzmu społecznego i ochrony polskiej kultury. W tej legislacji bardzo łatwo bowiem wskazać jej beneficjentów. Nie będą nimi ani polskie firmy, ani polscy twórcy. Na wprowadzeniu DRM skorzystają międzynarodowe koncerny dostarczające tę technologię i operujące gigantycznymi “pakietami” praw do dóbr kultury. Restrykcyjne prawo umożliwi im zawłaszczenie polskiego dziedzictwa narodowego poprzez zmonopolizowanie kanałów dostępu do dóbr kultury.

Nie wynika to ze złej woli rządu. Procesy grodzenia kultury są złożone i słabo rozumiane. Hasła własności intelektualnej i zagrażającego jej piractwa są nośne i usprawiedliwiają nawet najbardziej drakońskie rozwiązania legislacyjne. Grodzenie pól stało się symbolem rewolucji przemysłowej i związanych z nią przemian. Byłoby jednak źle, gdyby grodzenie kultury stało się symbolem społeczeństwa informacyjnego. Obecnie prawa podobne do polskiej nowelizacji są żywo dyskutowane w całej Europie. Niemcy, Francja i Hiszpania wdrażają te same unijne dyrektywy. Nigdzie jednak nie padła propozycja tak radykalna, jak u nas. Wręcz przeciwnie, we Francji wprowadza się wymagania mające chronić konsumentów przed monopolistycznymi praktykami, w Niemczech rozważa się stosowanie niewielkiej zryczałtowanej opłaty na rzecz organizacji twórców za swobodne korzystanie z dóbr kultury w sieci (podobny system już dziś działa w przypadku stacji radiowych).

W Polsce pomiędzy społeczeństwem a jego kulturą powoli, ale nieustannie wyrasta coraz wyższe ogrodzenie. Na razie jest ono niezauważane, bo nikt go nie pilnuje. Dostrzeżemy je dopiero wtedy, gdy do więzień zaczną trafiać pierwsi czytelnicy, naukowcy i artyści.

*Jarosław Lipszyc – poeta, redaktor, dziennikarz, koordynator projektu „Wolne podręczniki”, członek zespołu „Krytyki Politycznej”. Tekst, udostępniony na licencji Creative Commons BY-NC-SA, ukazał się w prawie identycznej postaci w dzisiejszym wydaniu Gazety Wyborczej.

Archiwalny news dodany przez użytkownika: rekrutacja.
Kliknij tutaj by zobaczyć archiwalne komentarze.

Oznaczone jako → 
Share →