Proponowana przez ministerstwo nowelizacja prawa autorskiego to zagrożenie dla praw człowieka

W batalii o prawo autorskie ścierają się dwa modele kultury – restrykcyjny, oparty na monopolu wydawców, i otwarty, akcentujący kwestie dostępu do dziedzictwa narodowego i praw konsumentów. Ta walka zadecyduje o kształcie polskiego społeczeństwa.

W 1997 roku Richard Stallman, twórca Free Software Foundation, został poproszony o napisanie opowiadania s-f do antologii „Droga do Tycho”. Tekst „Prawo do czytania” był ponurą antyutopią o świecie, w którym dostęp do wiedzy jest reglamentowany. Główny bohater to student Dan Halbert, którego dziewczyna Lissa prosi o pożyczenie komputera, bo jej zepsuł się tuż przed sesją egzaminacyjną. Ta prośba wpędza go w ciąg moralnych rozterek. Jeśli pożyczy komputer, to narzeczona będzie mogła przeczytać jego książki, a czytanie nieswoich książek jest nie tylko czynem niemoralnym, ale także przestępstwem, za które oboje mogliby być usunięci z uczelni. Jeśli tego nie zrobi, Lissa nie zda egzaminów, a ich miłość legnie w gruzach.

Trzy rewolucje

Jeszcze dziesięć lat temu wydawało się, że opowiadanie to opisuje świat niemożliwy. Dziś jesteśmy już bardzo blisko tej ponurej wizji. W polskim Ministerstwie Kultury leży nowelizacja prawa autorskiego, która za obchodzenie zabezpieczeń plików cyfrowych przewiduje karę trzech lat więzienia. W Unii Europejskiej prowadzi się prace nad dyrektywą IPRED2, w myśl której jakiekolwiek naruszenie praw autorskich ma być przestępstwem kryminalnym ściganym z urzędu. Problem prawa autorskiego w czasach cyfrowych technologii komunikacyjnych musi zostać jakoś rozwiązany. Jest to problem kluczowy dla przyszłości także polskiej kultury. Prawo, które będzie podstawą przyszłych rozwiązań stanowione jest już teraz, ale przeszkodą w podjęciu społecznej dyskusji jest niewielka – także wśród rządzących – świadomość wagi podejmowanych decyzji.

W historii komunikacji międzyludzkiej mieliśmy trzy wielkie rewolucje: wynalazek pisma, maszyny drukarskiej i uniwersalnej maszyny logicznej – jaką jest komputer – podłączonej do ogólnoświatowych sieci. Nowe realia komunikacyjne zmienią kształt cywilizacji – nie nastąpi to z dnia na dzień, ale w końcu przeorzą one wszystkie instytucje życia społecznego. Ważne jest, by w procesie tym nie pogrzebać najbardziej podstawowych, tradycyjnych wartości: otwartości w dostępie do wiedzy, utrzymania kultury dostępnej dla wszystkich – nawet najbiedniejszych – członków społeczeństwa, wreszcie wolności słowa i badań naukowych. Niestety, jesteśmy na najlepszej drodze, by te wartości stracić.

Światowe koncerny medialne prowadzą batalię o rozszerzenie strefy swoich wpływów. Fundamentem kultury jest istnienie jej sfery publicznej, ogólnie dostępnej, gwarantowanej przez istnienie tak kluczowych dla życia społecznego instytucji jak biblioteki, muzea i uczelnie. W świecie informacji w postaci cyfrowej istnienie tych instytucji jest zagrożone, bo próbuje się zdelegalizować te wszelkie użycia dzieł kultury, które nie przynoszą zysku wydawcom.

Najnowszym pomysłem przemysłu jest tzw. DRM (Digital Restrictions Management – Zarządzanie Cyfrowymi Restrykcjami). Są to systemy, które pozostawiają decyzji nadawcy zakres i sposób wykorzystania dzieła przez jego odbiorców. Jak to działa ? Proszę wyobrazić sobie książkę, którą da się przeczytać tylko raz, a potem litery znikają. Książkę, którą może przeczytać tylko ten, kto za nią zapłacił, inni zobaczą puste strony. Książkę, która po ściśle określonym czasie ulegnie samozniszczeniu. Wreszcie książkę, którą możemy czytać tylko przez okulary wyprodukowane przez konkretną firmę.

Systemy DRM w sferze cyfrowej praktycznie likwidują wszystkie uprawnienia uczestników kultury gwarantowane prawami dozwolonego użytku: prawo do cytatu, prawo do tworzenia antologii, parodii i opracowań krytycznych, prawo do kopiowania dzieła na użytek własny i najbliższych. W myśl opublikowanej przez Ministerstwo Kultury 25 kwietnia nowelizacji nie tylko obchodzenie tzw. skutecznych zabezpieczeń technicznych (w rzeczywistości rzadko cechuje je rzeczywista skuteczność) ma być przestępstwem, ale także samo posiadanie programów potencjalnie to umożliwiających. W praktyce oznacza to, że samo posiadanie na swoim komputerze nieautoryzowanego przez konkretnego nadawcę programu do odtwarzania multimediów może nas wysłać na rok do więzienia. Twórcy takich programów pójdą siedzieć na trzy lata.

Społeczny sprzeciw

Zaniepokojenie propozycją wyraziło już wiele instytucji. Internet Society Poland, polski oddział światowej instytucji standaryzacyjnej, opublikowało stanowisko, w którym wskazuje, że prawo to jest zagrożeniem dla praw człowieka i doprowadzi do cyfrowego wykluczenia ogromnej części polskiego społeczeństwa. Stowarzyszenie Bibliotekarzy Polskich opublikowało z kolei opinię, że w ten sposób uniemożliwi się dostęp do dzieł osieroconych (takich, których obecny właściciel praw nie jest znany), umożliwi zawłaszczanie dzieł z domeny publicznej (takich, do których prawa już wygasły), utrudni dostęp do kultury osobom niepełnosprawnym i poprzez penalizację obchodzenia zabezpieczeń uniemożliwi bibliotekom realizację misji upowszechniania narodowego dziedzictwa.

Zaniepokojenie panuje w kręgach organizacji konsumenckich (a także w Urzędze Ochrony Konkurencji i Konsumentów), które obawiają się, że wprowadzane prawo de facto umożliwia komercjalizację i zmonopolizowanie przez kilka firm dostępu do dóbr kultury oraz uzależni polskie firmy od światowych koncernów. Szczególnie niepokojące jest, że zagrożone może być gwarantowane przez konstytucję prawo konsumentów do korzystania z dóbr kultury i dziedzictwa narodowego.

Dwie wizje kultury

Wszystkie te opinie oparte są na gruncie zupełnie innych wizji społeczeństwa niż te promowane przez wielki przemysł medialny: autor przedstawia swoje dzieło biernym odbiorcom za pośrednictwem nadawcy, a wszyscy, którzy chcą uczestniczyć w kulturze w inny sposób, są piratami, bo swoją działalnością mogą uszczuplić słuszne dochody producentów. Ta wizja ma jedną wadę – jest nieprawdziwa. W realnym świecie obieg idei i dzieł jest procesem wielokierunkowym. Społeczeństwo uczestniczy w kulturze nie poprzez jej bierny odbiór, ale poprzez udział: nieustanny proces komentowania, odtwarzania, dzielenia się z innymi swoimi fascynacjami, twórczym budowaniem nowych dzieł na gruncie starych.

Rozwiązań jest kilka. Pierwszym jest ściśle przestrzegany obowiązek stosowania otwartych, pozbawionych obostrzeń DRM, formatów zapisu plików przez wszystkie instytucje finansowane z publicznych funduszy, aby zagwarantować społeczeństwu dostęp do dzieł, których powstanie samo sfinansowało. Być może należy pomyśleć nad szerszym stosowaniem wolnych licencji (takich jak Licencja Wolnej Dokumentacji), których zadaniem jest gwarantowanie pełnego dostępu do treści wszystkim użytkownikom.

Konieczne jest jednak także inne podejście do prawa autorskiego, które przecież oparte jest na równowadze pomiędzy interesem posiadaczy praw a interesem społecznym. We Francji i Niemczech, gdzie problem ten jest lepiej rozumiany, toczy się dziś wielka debata publiczna, której elementem są m.in. manifestacje na ulicach Paryża. Proponowane są tam rozwiązania prawne, które mniejszemu biznesowi gwarantują równy dostęp do rynku, a użytkownikom kultury zachowanie ich praw. Warto czerpać z tych doświadczeń.

Artykuł ukazał się też w weekendowym numerze Życia Warszawy.

Archiwalny news dodany przez użytkownika: rekrutacja.
Kliknij tutaj by zobaczyć archiwalne komentarze.

Oznaczone jako → 
Share →