|
W mediach trwa dyskusja, czy w sobotni wieczór strony
internetowe polskiego rządu padły na skutek cyberataku czy uległy
zwykłej awarii.
Faktem jest, że przestały działać i że do ataku przyznała się grupa
"Anonymous". Jeśli nawet w tej sprawie hackerzy samodzielnie nie
przyłożyli palców do klawiatury, to i tak wykonali
zamierzony cel.
W sprawie wypowiedzieli się już rzecznicy, potwierdzając "awarię"
rządowych serwisów. - Od
wczorajszego wieczora są ogromne problemy z wyświetlaniem stron
rządowych - powiedziała dla tvn24.pl Joanna Trzaska-Wieczorek
z biura prasowego Kancelarii Prezydenta. - Wszystko jednak jest cały czas
monitorowane - dodała.
Natomiast rzecznik rządu Paweł
Graś na antenie Radia Zet poinformował słuchaczy, że
trudno mówić o ataku hakerów i że raczej to
zjawisko jest wynikiem ogromnego zainteresowania treściami na stronie.
Dodał też, że żadna z zablokowanych stron nie została naruszona.
Rzecznik rządu, nie będąc informatykiem, ma prawo nie wiedzieć na czym
dokładnie polegał atak. Strony nie mogły zostać naruszone, ponieważ nie
było to włamanie, a atak DoS, czyli Denial of Service, polegający na
wysłaniu potoku zapytań do serwerów, po których
urządzenia odmawiają odpowiedzi. Tak było tym razem.
Grupa "Anonymous"
osiągnęła cel dzięki inżynierii społecznej. Jest to dobrze
znana metoda w świecie polityki i środowisku informatycznym, polegająca
na osiągnięciu określonych celów poprzez manipulację
społeczeństwem.
Za pośrednictwem mediów informacja dotarła do rzeszy
internautów, którzy masowo zaczęli odwiedzać
witryny rządu.
W trakcie akcji "Anonimowi" dziękowali internautom za wsparcie: - Dzięki dla wszystkich naszych
kibiców. Jesteście dla nas inspiracją, do tego, co robimy...
Monitoring wpisów czynionych przez "Anonimowych" na profilu
serwisu społecznościowego pozwolił na rozpoznanie tego zjawiska.
Dlatego każdy, kto w sobotę próbował sprawdzić, czy strony
polskiego rządu działają, stał się nieświadomie członkiem grupy
"Anonymous".
Waldek Roszczuk (PW).
|