Telewizja BBC od ostatnich wakacji udostępnia swoje programy przez internet. Niestety, na razie tylko dla użytkowników systemu Windows XP. Dlatego BBC Trust nakazał brytyjskiej telewizji publicznej takie przygotowanie serwisu internetowego, by był on dostępny dla wszystkich użytkowników komputerów, niezależnie od tego, z jakiego systemu korzystają. Rzecz jest logiczna: jeśli telewizja utrzymywana jest z publicznych pieniędzy, to ma psi obowiązek dotrzeć do wszystkich płacących na jej utrzymanie widzów, a nie tylko do tych, którzy korzystają ze ściśle określonych produktów. Wyobrażacie sobie telewizję, którą można obejrzeć tylko na telewizorze Sony?

Teraz BBC usilnie pracuje teraz nad nową wersją serwisu, która będzie spełniać warunki technologicznej neutralności. W miarę wzrostu wykorzystania zaawansowanych technologii neutralność technologiczna zastosowanych rozwiązań będzie coraz istotniejsza. W tym przypadku sprowadza się to do korzystania z otwartych standardów – czyli takich typów plików i protokołów, które są obsługiwane przez wiele różnych programów. Tu nie chodzi tylko o wygodę (bo gdyby nie te sztuczne ograniczenia związane z zastrzeżonym formatem mógłbym oglądać publiczną telewizję na swojej podłączonej do internetu komórce czy palmtopie), ale przede wszystkim o prawo do swobodnego wyboru produktów, z których korzystamy, i firm, z którymi współpracujemy. Firmy prywatne mogą sobie pozwolić na ignorowanie części klientów. Państwo takiego prawa po prostu nie ma.

Polska telewizja także udostępnia swoje programy w internecie. Niestety, gdy próbuję je obejrzeć, na moim ekranie pojawia się jakaś kasza. Części programów nie da się obejrzeć w ogóle, bo dostęp do nich ograniczony jest DRM. Użytkownicy innych systemów niż Windows, innych przeglądarek niż Internet Explorer i innych odtwarzaczy niż Windows Media Player muszą więc szukać karkołomnych dróg obejścia tych ograniczeń bądź zrezygnować z korzystania z serwisu. Różnica między Polską a Wielką Brytanią jest taka, że pomimo od kilku lat prowadzonej krytyki zastosowanych rozwiązań ani Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji, ani zarząd TVP, ani Rada Etyki Mediów nie wzywają do usunięcia nierówności w dostępie do serwisu, za którego funkcjonowanie wszyscy równo – poprzez podatki i abonament – płacimy.

Ale najlepszą informację o serwisie iTVP zostawiłem sobie na koniec: otóż serwis ten za obejrzenie szczególnie interesujących programów pobiera od naiwnych dodatkowe opłaty! Tak jest! Nie dość, że płacę za produkcję serialu „M jak Miłość” (rzecz sama w sobie irytująca), to na dodatek, żeby go obejrzeć w sieci, muszę zapłacić po raz drugi!
Na usprawiedliwienie można by powiedzieć, że telewizje prywatne robią to samo. Tyle że one produkcję swoich seriali finansują same, w związku z czym mają prawo do wyciągania pieniędzy od swoich klientów na wszelkie możliwe sposoby. Telewizja publiczna to co innego, bo tutaj to my zapłaciliśmy za produkcję.

Ta konstatacja prowadzi nas także do innych wniosków – co robić z filmami finansowanymi z państwowej kasy? Czy nie powinny być one dostępne w sieci dla wszystkich obywateli, skoro autorów społeczeństwo już wynagrodziło? Co z pracami naukowymi powstającymi dzięki publicznym dotacjom? Czy warunkiem otrzymania takiego grantu nie powinien być wymóg publikacji w duchu open access? Co z twórcami na państwowych stypendiach? Czy społeczeństwo łożące na ich utrzymanie nie powinno mieć prawa choćby do niekomercyjnego wykorzystywania ich utworów? To poważne pytania, bo dotyczące nie tyle sposobu, w jaki finansuje się w Polsce kulturę, co korzyści, jakie z tego tytułu uzyskuje społeczeństwo.

Nic mnie tak nie denerwuje, jak płacenie dwa razy za to samo. A Państwa?

od redakcji: tekst pierwotnie ukazał się na blogu Jarka Lipszyca, chroniony jest licencją Creative Commons Attribution-Share Alike 2.5 Poland

Archiwalny news dodany przez użytkownika: rekrutacja.
Kliknij tutaj by zobaczyć archiwalne komentarze.

Przeczytaj też

Oznaczone jako → 
Share →