Burza wywołana przez SCO uświadomiła nam wszystkim, że nie możemy być pewni skąd pochodzi kod włączany przez tysiące deweloperów do tysięcy projektów WO. Zakładanie dobrej woli współtworzących FLOSS jest zgodne z duchem „bazarowego” rozwoju oprogramowania rodem z „The Cathedral and the Bazaar” Erica Stevena Raymonda. Jednak dla biznesowych odbiorców może stanowić zbyt duże ryzyko. Red Hat doskonale zrozumie te obawy i wystartował z nowym programem Open Source Assurance. Zarejestrowani użytkownicy Red Hat Enterprise Linux otrzymują gwarancję, że w przypadku pojawienia się kodu, którego własność i licencjonowanie będzie wysoce dyskusyjne RH przepisze go.

Warto tutaj zauważyć, że tego typu problemy dotyczą zwykle fragmentu kodu. Trudno obronić zarzut, że całość kodu jądra Linuksa lub innego dużego projektu została ukradziona z własnościowego projektu. RH nie mówi o tym wprost, ale najprawdopodobniej nie chodzi o stworzenie komercyjnego zamiennika (choć taka furtka pozostaje otwarta) lecz o przepisanie spornego fragmentu kodu. W przypadku większych projektów [Jądro, KDE, Mozilla?] trudno nawet myśleć o komercyjnym zamienniku.

Mając na uwadze specyfikę FLOSS i powracanie kodu do społeczności nie można zapomnieć o konsekwencjach owego ubezpieczenia. Jeżeli dane oprogramowanie jest częścią RHEL i jest wolnym oprogramowaniem skorzystamy najprawdopodobniej na tym wszyscy. W przypadku copyleftowych licencji – np. GPL – nie mówimy nawet o prawdopodobieństwie. Jak to dobrze mieć czerwony kapturek.

informację nadesłał Marcin Garski

Archiwalny news dodany przez użytkownika: antymon.
Kliknij tutaj by zobaczyć archiwalne komentarze.

Oznaczone jako → 
Share →