W związku z różnymi wydarzeniami, które zaszły ostatnio w moim życiu, przez kilka ostatnich dni miałem przyjemność (?) samodzielnego porównania komfortu pracy w kilku różnych systemach operacyjnych. Choć o tym, że Linux na desktopie sprawdza się doskonale wiem z doświadczenia od dawna, dopiero teraz mogłem się osobiście przekonać, jak wygląda praca z innymi systemami operacyjnymi.

Początkowo dostałem do pracy maszynę z Windows 98, dwa dni później została zaktualizowana do Windows XP. W związku z tym, że system dostarczony mi w pracy nie spełnił moich podstawowych wymagań (o tym – później), namówiony przez marcelego nabyłem drogą kupna MacBooka z Mac OS X na pokładzie. Stąd w ciągu zaledwie dwóch tygodni miałem okazję pracy z czterema różnymi desktopami. Jak wypadło ich porównanie? Dla porządku dodam, że na codzień korzystam z Debiana „unstable” z Gnome, do pracy przyniosłem sobie najnowsze Ubuntu.

Instalacja i pierwsza konfiguracja
Windows 98 – przybył preinstalowany.
Windows XP – dwukrotnie zawiesił się przy instalacji. Za trzecim razem wypluł komunikat o problemie z ACPI i poprosił o zrestartowanie komputera i przytrzymanie F7. Znów się dwukrotnie zawiesił. Zostawiłem wyspecjalizowanemu technikowi, dwa dni póżniej dostarczył maszynę z zainstalowanym systemem.
Mac OS X – przybył preinstalowany.

Systemy Microsoftu standardowo mają co prawda Pasjansa i Kulki, brakuje im jednak jakichkolwiek narzędzi do dalszej pracy. Po podstawowej instalacji nadają się jedynie do przeglądania reklam w internecie, są bezużyteczne bez dodatkowego oprogramowania. Za tę cenę? Duży minus.

Ubuntu przybyło z masą oprogramowania, co nie zostało zainstalowane standardowo jest o jedno kliknięcie myszką. Duży plus.

Mac OS X nadaje się do pracy od razu po pierwszym włączeniu komputera (duży minus: system jest niespolonizowany), dołączono edytor tekstu, przeglądarkę Safari, garść oprogramowania multimedialnego oraz 30-dniowe wersje pakietu MS Office oraz Apple iWork. Znalazło się nawet miejsce na iChat, który obsługuje protokół Jabbera. Jednak instalacja dalszych programów nie jest już tak prosta jak w systemach linuksowych…

Obsługa
Windows okazał się najbardziej niewygodny z wszystkich testowanych przeze mnie systemów. Nie wspiera wirtualnych ekranów, kolejne instancje Internet Explorera zwijają się w pewnym momencie w jeden ‚przycisk’ i szybkie wyszukanie właściwego okienka graniczy z cudem. Instalacja dodatkowego oprogramowania wymaga uprawnień administratora, programy zainstalowane przez administratora często nie działają na koncie zwykłego użytkownika. Duży minus. Z Outlooka nie próbowałem korzystać. System (wersja XP) zawiesił się czterokrotnie w ciągu pierwszego dnia, co było ostatecznym powodem podjęcia przeze mnie decyzji o kupnie laptopa. Windows 98 działał stabilnie.

Mac OS X standardowo również nie ma wsparcia dla wirtualnych pulpitów. W związku z tym, że planuję korzystanie z niego jeszcze przez jakiś czas, wyszukałem w sieci odpowiednie oprogramowanie dodające tę funkcjonalność. Ale nie działa całkiem prawidłowo – szwankuje przerzucanie okien na inny pulpit. Standardowa przeglądarka Safari wygląda całkiem sensownie, jednak przyzwyczajenie wzięło górę i użyłem jej tylko do ściągnięcia Firefoksa. Standardowy klient poczty, apple.mail, jest średnio wygododny w obsłudze. Nie radzi sobie dobrze z wątkowaniem, sygnalizuje nową pocztę nawet gdy została ona odfiltrowana z INBOXu (co dla osób zapisanych na wiele list dyskusyjnych oznacza kilka ‚bipnięć’ na minutę), nie udało mi się też zmusić go do odcinania sygnaturek przy odpowiadaniu.

Instalacja dodatkowego oprogramowania polega na wyszukaniu go w internecie i „przeciągnięciu” jego ikonki do foldera Applications. Duży plus za wygodę samej instalacji, duży minus za brak odpowiednika apt-geta czy innego programu do instalacji oprogramowania. Gdyby nie przygotowany przez kogoś skrypt instalujący pełne środowisko do TeXa, prawdopodobnie przez cały weekend szukałbym jego kawałków po sieci i próbował zainstalować jeden po drugim… Minus.

W miarę pełna obsługa multimediów, choć próba odtworzenia filmu w formacie VCD na pełnym ekranie zakończyła się informacją, że powinienem kupić pełną wersję QuickTime Playera za niecałe 30$, by móc oglądać filmy w okienku większym niż przerośnięty znaczek pocztowy. Na szczęście darmowe rozszerzenie, które pomógł znależć versiontracker.com, usunęło niedogodność. W ogóle w świecie twórców oprogramowania dla Maca (nie wiem, czy jest tak również wśród ‚windowsowców’) istnieje tendencja pisania płatnego oprogramowania o funkcjonalności niższej, niż wolne – i darmowe – odpowiedniki linuksowe. Jednak to jest temat na zupełnie inny felieton.

Na szczęście Mac OS X zbudowany został na bazie systemu BSD, dzięki czemu pisanie dodatkowego oprogramowania lub uruchamianie oprogramowania napisanego z myślą o innym systemie nie stanowi większego problemu. Stąd niniejszy tekst powstaje w vimie, w sieć wysyłany jest firefoksem, a rssy ściąga mi ‚vienna’.

Sama obsługa systemu nieco różni się od Windows czy Gnome i wymaga przyzwyczajenia, jednak nie jest to jego minusem – pewne rzeczy są rozwiązane w sposób lepszy, inne – gorszy, ale ogólnie Mac OS X wydaje się być przyjazny użytkownikowi. Gdybym tylko wiedział jeszcze, jak przestawić klawiaturę polską na polską programisty w oknie logowania… Zachwyt budzi integracja systemu ze sprzętem – jednak nie jest to nic nadzwyczajnego w sytuacji, gdy sprzęt jest projektowany przez tę samą firmę, co oprogramowanie. Jednak i tu są przykłady, gdy nie wykorzystano wszystkich możliwości integracji oprogramowania; przykładowo – iTunes nie potrafi automatycznie uaktualniać list odtwarzania w przypadku ręcznego usunięcia/dodania plików z muzyką. Linuksowy Amarok usuwa muzykę z playlist w kilka sekund po usunięciu z dysku plików mp3. Amarok nie buntuje się też przy podłączeniu ‚obcego’ odtwarzacza mp3, iTunes akceptuje tylko oryginalne iPody. Wielki minus.

Linux z Gnome. To jest dla mnie podstawowe środowisko pracy, więc nie będę się rozpisywał na jego temat. Najważniejsze jest to, że mimo małej ‚bajeranckości’ posiada funkcjonalność przewyższającą o głowę funkcjonalność pulpitu Windows i nieco przewyższającą ‚gołego’ Mac OSa. Po doprawieniu Mac OSa odpowiednią liczbą bardziej lub mniej stabilnych rozszerzeń stwierdziłem, że już mi niczego nie brakuje :) Instalacja oprogramowania jest o niebo łatwiejsza, niż w innych systemach operacyjnych – w przypadku Debiana sprowadza się do wydania polecenia apt-get install nazwa_programu lub wyklikaniu jego nazwy w specjalnym, znanym Ubuntowcom od dawna instalatorze.

Overall
Po zainstalowaniu i skonfigurowaniu potrzebnego oprogramowania oraz (w przypadku Mac OSa) – wcześniejszym przeszukaniu sieci w jego poszukiwaniu, praca pod kontrolą tego ostatniego niewiele różni się od pracy pod kontrolą Linuksa. Tu decydujące są raczej przyzwyczajenia, bo nie każdy potrafi zaakceptować menu programu oddzielone od jego okna. Próba pracy pod kontrolą systemu Windows zakończyła się złożeniem broni po kilku dniach prób przyzwyczajenia się do jego ograniczeń, konieczności instalowania programów antywirusowych etc. Być może brakująca funkcjonalność zostanie uzupełniona w wersji Vista, na razie niestety jest to system nieprzyjazny dla użytkownika.

Wspólną cechą wszystkich wymienionych tu systemów jest możliwość doinstalowania do nich wolnego oprogramowania, które po prostu działa. Oznacza to, że sam system operacyjny zostaje zredukowany do zarządzania oknami (co robi lepiej lub gorzej) oraz stanowi o stabilności całego rozwiązania. Zaś to użytkownik decyduje, z czego naprawdę chce korzystać…

Archiwalny news dodany przez użytkownika: honey.
Kliknij tutaj by zobaczyć archiwalne komentarze.

Share →