Jak podaje dzisiejsza Wyborcza, nowy minister edukacji planuje wprowadzić obowiązkowe blokady w szkolnych komputerach. Za mało jest jeszcze informacji o założeniach tego pomysłu, aby dyskutować o szczegółach, jednak chyba już teraz należy się zaniepokoić tym pomysłem.

Wyraźnie widać tu dwa istotne zagrożenia. Jedno, związane jest z samym pomysłem cenzurowania czegokolwiek. W tej chwili mowa jest o blokowaniu stron z seksem i przemocą, ale nietrudno sobie wyobrazić późniejszy zakaz oglądania stron „instytucji uznanych jako nieprawomyślne”, ot choćby strony Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, gdyż oficjalnym władzom może nie podobać się osoba Jerzego Owsiaka. Listę „niepoprawnych” stron w tym momencie można wydłużać w nieskończoność, czym zbliży to nas do sytuacji panującej obecnie w Chinach…

Drugi aspekt jest technologiczny. Nie byłoby dziwne, gdyby technika blokowania stron została narzucona z góry przez ministerstwo, ograniczająć wybór np. do platformy Windows+MSIE+filtr. Nawet gdy metoda filtrowania stron WWW nie zostanie narzucona odgórnie, to i tak podroży to znacznie koszty przygotowania pracowni informatycznych. Nierzadko komputery szkolne to sprzęt z odzysku, na którym instaluje się jedną z lżejszych dystrybucji Linuksa, zaś rolę serwera pełni pecet bez zbędnych luksusów typu mocny procesor, dużo pamięci RAM czy pojemne dyski.

Pozostaje pytanie: a po co to wszystko, skoro i tak technologią nie da się zastąpić wychowania i zdrowego rozsądku?

Archiwalny news dodany przez użytkownika: dexter.
Kliknij tutaj by zobaczyć archiwalne komentarze.

Przeczytaj też

Oznaczone jako → 
Share →