Producent i dystrybutor filmowy Roman Gutek to postać dla kultury polskiej ogromnie zasłużona. Ma rację, gdy wskazuje na istnienie poważnego problemu: z jednej strony, mamy artystów i wydawców, którzy powinni być wynagradzani za swoją pracę, z drugiej – kwitnące piractwo i – zasadniczo od niego odmienną zarówno moralnie, jak i prawnie – niekomercyjną wymianę dobrami kultury w sieci. Na szali mamy prawo do wynagrodzenia twórców i prawo dostępu do kultury odbiorców.

Tyle że jeśli twórcy i wydawcy są poszkodowani, to na własne życzenie – tak naprawdę nie mają oni dla internautów żadnej pozytywnej propozycji. Propozycja „umowy społecznej”, jaką Gutek skierował do internautów („Zaprzestańcie wymiany filmami, a my będziemy je wydawać na DVD”), nie jest poważną próbą rozwiązania problemu. Wydawcy, zasłaniając się interesem twórców, bronią swoich przestarzałych modeli biznesowych i nie mają chęci, by zaspokoić potrzeby odbiorców. Te potrzeby to filmy w formie cyfrowej łatwo dostępne w sieci. Argumenty Gutka to pouczająca kolekcja mitów, jakimi od dawna posługuje się przemysł audiowizualny w obronie swoich interesów. Mity te bardzo skutecznie rozbiera Lawrence Lessig w książce „Wolna kultura” wydanej w zeszłym roku po polsku przez WSiP. Polecam jej lekturę: dostępna jest także w sieci, za darmo i legalnie, pod adresem http://www.futrega.org/wk/.

Mit pierwszy: Ściąganie filmów z sieci jest niemoralne

Ściąganie filmów z sieci w wielu przypadkach jest legalne i moralnie chwalebne. Pomijanie tych przypadków milczeniem jest charakterystyczne: dzięki powtarzaniu słowa „kradzież” próbuje się nas przekonać, że kopiowanie jest czynem zawsze i bezwzględnie złym. Tymczasem prawo nie bez powodu gwarantuje nam możliwość robienia kopii bezpieczeństwa, kopiowania dzieł kultury na użytek krewnych i znajomych, udostępnianie ich w bibliotekach i wypożyczalniach wideo. Gdybyśmy nie mieli tych praw, kultura uległaby stagnacji.

Interesujący spór toczył się niedawno na łamach „Rzeczpospoiltej”: prawnicy zastanawiali się, czy w świetle polskiego prawa wymiana plikami w sieciach peer-2-peer jest legalna. Spór pozostał nierozstrzygnięty, choć logiczne wydaje się twierdzenie Piotra Waglowskiego, że nielegalne jest udostępnianie (czyli publikacja), natomiast samo ściąganie karalne nie jest.

Nie jest także – do czego niektórzy chcieliby nas przekonać – niemoralne. Poprzez wrzucenie do jednego worka piratów sprzedających płyty na bazarze i ludzi wymieniających się filmami wydawcy chcą nas przekonać, że jedynym moralnym sposobem na zapoznawanie się z dziełami kultury jest zakupienie ich na fizycznym nośniku i niedzielenie go z nikim.

Należy ścigać „biznesmenów” próbujących zarobić bez zapłacenia twórcom. Wymianę niekomercyjną, na której nikt nie zarabia, należy zostawić w spokoju. Kultura jest żywym organizmem, w którym wymiana informacji jest kluczowa. Jeśli zwiększa się bariery dostępu do kultury, to siłą rzeczy ogranicza się twórczy potencjał społeczeństwa i uderza w najbardziej kreatywne jednostki. Obniżanie barier dostępu jest dla kultury tak samo ważne jak wynagradzanie autorów.

Mit drugi: Wydawcy nie sprzedają ambitnych filmów, bo ściąganie ich z sieci zniszczyło rynek

Według Gutek Filmu nie można w Polsce dystrybuować filmów Wellsa, Godarda czy Sokurowa, bo ci, którzy mogliby te filmy ewentualnie obejrzeć w kinie lub kupić, już dawno ściągnęli je z sieci. Ale dystrybutor myli skutek z przyczyną – to właśnie brak oferty zmusza miłośników kina artystycznego do szukania filmów w serwisach p2p – filmów, których jakość obrazu i dźwięku jest niewiadomą, legalność stoi pod znakiem zapytania, a poszukiwanie jest katorgą. Próby ograniczenia tego zjawiska bez propozycji pozytywnej to walka z wiatrakami.

Mit trzeci: Gdyby filmów nie ściągano z sieci, dystrybutorzy komercyjni zapewniliby nam wszystko, czego potrzebujemy

Żaden dystrybutor nie jest w stanie zapewnić na bieżąco dostępu do produkcji kina światowego. Po prostu tych filmów jest zbyt dużo. Dostęp do indyjskich filmów klasy B, niszowych amerykańskich dokumentów i południowoafrykańskich seriali – razem z polskim tłumaczeniem – jest możliwy tylko dzięki sieciom komputerowym i armii społecznie pracujących tłumaczy. Zlikwidowanie sfery niekomercyjnego dzielenia się filmami spowoduje zubożenie kultury, ograniczenie jej do oferty komercyjnej. Żaden wydawca nie przetłumaczy i nie udostępni filmu, który obejrzy w Polsce sto osób. Entuzjaści – jeśli im pozwolić – zrobią to z rozkoszą.

Mit czwarty: Osoby ściągające filmy z sieci za darmo nie chodzą do kina ani nie kupują płyt

To bardzo poważne oskarżenie – to z niego biorą się astronomiczne wyliczenia „strat”, jakie poniósł przemysł z powodu „piractwa”. Tymczasem badania wskazują na coś wręcz przeciwnego – użytkownicy serwisów p2p na dzieła kultury wydają więcej niż ci, którzy z nich nie korzystają. Z tegorocznych badań brytyjskiej firmy The Leading Question wynikło, że statystyczny brytyjski użytkownik sieci p2p wydawał na muzykę ponad pięć funtów miesięcznie, w porównaniu z nieco ponad funtem, jaki wydał jego kolega zdobywający muzykę wyłącznie w sklepach. Realia przemysłu filmowego są trochę inne, bo większą rolę odgrywa w nim dystrybucja kinowa. Tutaj jednak publiczność – według danych Ministerstwa Kultury – od 1995 r. stale rośnie pomimo rozwoju internetu, a kino artystyczne ma stałą, wierną widownię.

Mit piąty: Ceny DVD byłyby niższe, gdyby wszyscy je kupowali

Płyta DVD kosztuje w sklepie od 40 do 80 zł. Z tych pieniędzy – jak twierdzi sam Gutek – zaledwie niewielka część trafia do artystów i producentów. Reszta to koszt produkcji nośnika i opakowania, marża sprzedawcy i dystrybutora, wreszcie koszt niesprzedanych egzemplarzy. Przy tak nieefektywnym modelu biznesowym wysokie ceny są nieuniknione. Monopol – jakim jest prawo autorskie – likwiduje konkurencję, co pozwala wydawcy ustalić cenę na poziomie optymalnego zysku. Tym samym jednak „gubi” klientów, którzy byliby skłonni kupić produkt, ale za niższą cenę.

Popularność płyt DVD sprzedawanych z pismami za 10 zł świadczy o tym, że klienci chcą kupować filmy na płytach – byle ich cena była przyzwoita. Prośba, byśmy kupowali drogie płyty, a one potem potanieją, to demagogia. Rynek ma swoje prawa – wystarczy zaoferować tanie, a kupcy się znajdą. Tyle że wtedy niekoniecznie zyski będą większe, o czym wiedzą wydawcy.

Mit szósty: Jedyną alternatywą dla nielegalnego ściągania filmów z sieci są płyty DVD

Kiedy Roman Gutek mówi o wprowadzaniu nowych filmów, zawsze mówi o płytach DVD. Tymczasem płyty DVD są – niezależnie od ceny – w epoce internetu rozwiązaniem niesatysfakcjonującym. Żeby kupić płytę, trzeba udać się do sklepu lub zamówić ją w sklepie internetowym. Jeśli nie mieszkamy w dużym mieście, pozostaje nam wyłącznie druga metoda. Taka płyta kosztuje dodatkowo 7-12 zł za przesyłkę.

Producenci audio także bali się sprzedaży przez internet, aż w końcu zaryzykowali – i sklepy z muzyką okazały się ogromnym sukcesem. Co ciekawe – w badaniach zaledwie 2 proc. klientów iTunes Music Store jako powód zakupu wskazało legalność plików. Resztę przekonała szybkość, pewność jakości i łatwość obsługi serwisu. Dopóki dystrybutorzy filmowi nie zaczną sprzedawać filmów w formie cyfrowej, do ściągnięcia na dysk, bez obostrzeń DRM (Digital Rights Management) wymuszających stosowanie konkretnych programów i ograniczających możliwość korzystania z filmu – dopóty nie mogą liczyć na zainteresowanie internautów swoją ofertą.

Internetowy sklep z filmami może działać w USA czy Australii, byle akceptował karty kredytowe. Serwisy z napisami staną się jego naturalnym uzupełnieniem. Ta propozycja jednak dla Gutek Filmu nie jest interesująca, bo firma ta jest pośrednikiem. Ten nie będzie już potrzebny, skoro pieniądze trafią wprost do producenta i artystów.

Mit siódmy i najważniejszy: Świat, w którym nie można byłoby w trzy sekundy znaleźć polskich napisów do każdego filmu, jest światem lepszym

Społeczeństwo informacyjne jest – jak nazwa wskazuje – społeczeństwem, w którym można szybko i skutec
znie, na skalę globalną wymieniać informacje. Tylko ci, którzy mają dostęp do informacji, mają w nim szansę. Żaden pasjonat nie porozmawia o najnowszym filmie Bertolucciego na forum włoskich kinomanów, jeżeli będzie czekał, aż ktoś wreszcie ten film sprowadzi. Świat lepszy to świat, w którym dzięki sieci dostęp do filmów jest szybki, łatwy i tani, a pieniądze trafiają do artystów, a nie łańcuszka pośredników. Dystrybutorzy proponują nam coś odwrotnego. I grożą palcem niegodzącym się na warunki stawiane przez wydawców, którzy dzięki monopolowi dyktują zasady i ceny dostępu do kultury.

Utrzymanie sfery niekomercyjnej wymiany dobrami kultury jest w żywotnym interesie społeczeństwa. Musi być równowaga pomiędzy prawem artysty do wynagrodzenia a prawem widza do obejrzenia filmu za rozsądną cenę. Ta równowaga jest naruszona na korzyść producentów i dystrybutorów. Stawianie kolejnych finansowych, prawnych i technologicznych barier w dostępie do kultury jest pogarszaniem sytuacji. I skończy się nie – jak chciałby Roman Gutek – zwiększeniem zamożności i możliwości przemysłu filmowego, ale uniemożliwieniem dostępu tym najmniej zamożnym i zaradnym oraz skryminalizowaniem działań tych najbardziej kreatywnych i chcących poznawać. Jeśli producenci i dystrybutorzy będą dalej zamykać oczy na postęp technologiczny i potrzeby klientów, to mogą do tego doprowadzić. Ale niech nam nie wmawiają, że nasze postępowanie jest nieetyczne.

*Autor (minus@free.art.pl) jest działaczem Creative Commons Polska, członkiem zespołu redakcyjnego „Krytyki Politycznej”

Ten tekst jest udostępniony na warunkach licencji Creative Commons.

Archiwalny news dodany przez użytkownika: Jarosław Lipszyc.
Kliknij tutaj by zobaczyć archiwalne komentarze.

Oznaczone jako → 
Share →