W październiku firma Pagedesign z Hamburga zaoferowała na stronach woerterbuch.info dostęp do „jednego z najobszerniejszych słowników online, jaki kiedykolwiek istniał”.

Jego użytkownicy mogą nieodpłatnie sprawdzać znaczenie 500.000 niemieckich i angielskich haseł. I wszystko ‚byłoby dobrze’, gdyby opiekunowie dwóch słowników wydawanych na licencji GPL nie zgłosili złamania jej zapisów.

Paul Hemetsberg, opiekun słownika dict.cc stwierdził, że w/w niemiecka firma ułatwiła sobie pracę podczas tworzenia własnego słownika, na co wskazuje porównanie treści obydwu słowników. Paul stwierdził ich zdumiewającą zgodność, aż do poziomu kodu źródłowego HTML. Pojedyncze, zgłoszone przez niego zbieżności, zniknęły już z „najobszerniejszego słownika online”, w którym firma Pagedesign po prostu zamieściła własną adnotację Copyright.

Także Frank Richter, opiekun słownika dict.tu-chemnitz, znalazł rzucające się w oczy zbieżności, a stało się tak dzięki nazwie jego rodzinnego miasta (Chemnitz), którą wplatał w treść wielu tłumaczonych zdań.

Firma Pagedesign postanowiła walczyć i oskarżyła Paula Hemetsbergera o bezprawne wykorzystanie swojego słownika. Ponadto wydała ona oświadczenie, w którym można przeczytać, że kupiła bazę danych dla przyszłego słownika, jeszcze w 2001 roku, przy czym nie ujawniła, kto był sprzedawcą.
‚Niestety’ nawet błędy ortograficzne są takie same w nowym słowniku, jak w powstałym wcześniej, słowniku rozwijanym na licencji GPL.

Wygląda na to, że firma Pagedesign wydała pewną sumę pieniędzy na zakup kodu rozprowadzanego na licencji GPL, a gdy się już zorientowała, że nie musiała za niego płacić, postanowiła ukryć pochodzenie kodu, tak by nie publikować nowego słownika na wspomnianej licencji.
Niniejszy przypadek może być ostrzeżeniem dla innych firm kupujących kod, aby zawsze sprawdzały, na jakiej licencji jest on udostępniany.

Źródło:

heise.de

Archiwalny news dodany przez użytkownika: wojtek_germ.
Kliknij tutaj by zobaczyć archiwalne komentarze.

Share →