Mam nie lada orzech do zgryzienia, gdyż fabuła tej książki jest tak przedstawiona, iż ewentualne pochwały i nagany zdradzają automatycznie akcję i jej zakończenie.

     Co prawda nagany może nie, gdyż… naprawdę wyjątkowo (a już zwłaszcza biorąc pod uwagę mój paskudny recenzencki charakterek) nie ma się do czego przyczepić. No dobrze, raptem wyszperam jałowe rozwinięcie mini-romansu, naciągane (i przekłamane) opisy techniczne i przecudacznie zamienione symbole produktów (producent Falcona?, będący konkurentem Intela produkuje kość 686?). Ale to już wszystkie wady jakie zdołałbym wypatrzeć na trzystu stronach powieści o sensacyjnym zacięciu (nie bójmy się tego słowa), która za bohaterów ma projektantów i programistów, a za lokalizację, jakże by inaczej, Dolinę Krzemową. Całość można zbyć stwierdzeniem, że to po prostu historia jednego produktu, ale najbardziej smakowite jest tło — zwyczaje pracowników, klimat pracy, starania o promocję, walka o własną firmę, podchody finansowe. A co akurat mnie najbardziej zaskoczyło — każdy nowo przeczytany rozdział zmuszał mnie do zmiany zdania (od samego początku planowałem wysmażyć tekst dla 7G) o charakterze tej książki. Otwarcie bowiem jest wręcz sielankowe — przykład rozbrajających dowcipów mózgowców — ale dalej co i rusz zwroty — jak nie „pochwała twórczej pracy”, to „podstępna walka i spiski”, aż wreszcie przychodzi do literalnie ostatnich dwóch stron i…
     Ale to już przeczytajcie sami.

Ceny nawet nie podaję, bo 3.80 PLN, to jest naprawdę nieprzyzwoicie mało. Polecam — do drugiego śniadnia jak znalazł!

Po Bronson, Gra w krzemowe kości, Prószyński i S-ka, 1999.

Uprasza się poprawienie enginu rozwijającego „czytaj więcej”, bo licząc od zarania 7G nie jestem w stanie wywołać zamierzonego efektu wcięcia akapitu ;-).

Archiwalny news dodany przez użytkownika: macias.
Kliknij tutaj by zobaczyć archiwalne komentarze.

Oznaczone jako → 
Share →