Przyznaję — tym razem po części to i ja powinienem w ramach pokuty wysypać sobie kubeł popiołu na głowę, bowiem przy tym zakupie zachowałem się jak rasowa kobitka, co to długo marudzi, zastanawia się, aż wreszcie podejmuje niewłaściwą decyzję.

     SuSE jako dystrybucja przypadł mi do gustu już jakiś czas temu przy okazji serii 6.x — przypadł na tyle, iż rozpocząłem żmudną migrację z konkurencyjnego systemu. Skłamałbym, gdybym powiedział, że przesiadka była bezbolesna, ale przynajmniej dzięki przyjazności konfiguratora nie powiększyłem grona męczenników za sprawę.

It’s a different kind of world…

SuSE Linuxa cenię przede wszystkim za (relatywnie) dobrze przygotowany program instalacyjny i konfiguracyjny. Proces instalacji jest przemyślany — w pierwszym kroku program zadaje nam pytania, które są niezbędne do instalacji (rozkład partycji, sterowniki sprzętu), następnie wybieramy pakiety (mamy możliwość nagrania selekcji PRZED instalacją) i dopiero po zakończonej instalacji zadawane są dalsze pytania konfiguracyjne. Ten sam program stanowi centrum sterowania systemem, za pomocą którego można zrobić prawie wszystko — dodać drukarkę, partycjonować dysk, zarządzać kontami użytkowników i ustawiać klawiaturę. Jeśli tylko zapamiętamy nazwę programu (YAST) praca z SuSE jest całkiem zwyczajnie — przyjemna.
     Dzięki takiemu rozwiązaniu średnio początkujący użytkownik ma małe szanse zagubienia się w systemie — YAST zawsze go wyratuje z opresji. Poza YAST-em jest to w zasadzie RPM-owa dystrybucja jak każda inna, może tylko z tą uwagą, iż SuSE na ogół najszybciej dostarcza świeżych X-serwerów do nowych kart graficznych (tak było np. z moją ATI Rage 128).
     Malkotenci oczywiście i tutaj mają pole do popisu; wśród mniej i bardziej uzasadnionych zarzutów, pod jednym z nich na pewno się podpiszę — SuSE uwielbia ulepszać rzeczywistość i w ramach tego ulepszania często przepakowuje pakiety. Użytkownik doinstalowując coś z sieci może dostać apopleksji próbując rozwikłać zależności (zaciągnięty pakiet zgłasza obiekcje do sobie znanych komponentów, których w systemie brak, ponieważ SuSE często konsoliduje parę pakietów w jeden, zmieniając jednocześnie nazwę).

Summa summarum od strony technicznej uważam, iż SuSE ma dużo więcej zalet niż wad i jest to jedna z najlepszych (wg mnie — ścisła czołówka) dystrybucji obecnych na rynku — tandem YAST plus SaX (konfigurator X-ów) bije na głowę wszystko, co może przeciwstawić konkurencja. Od strony technicznej…

Nie znam rzeczywistych powodów zmiany reguł gry, ale w wyniku decyzji SuSE, wersja 7.0 jest ostatnią publicznie dostępną za darmo — tj. nie znajdziemy na sieci następnych plików „.iso”. Dowiedziałem się o tej decyzji, dokładnie wtedy, gdy na fali entuzjazmu do 7.0 właśnie, miałem już zamiar nabyć nową wersję.
     Stanąłem przed dylematem — w zasadzie gros oprogramowania na płytach jakiejkolwiek dystrybucji pochodzi od programistów, którzy grosza za swą pracę nie dostaną (ok, zgodzili się na to, wiem), firma żyjąca z ich pracy utrudnia innym osobom wypróbowanie ich produktu, każąc sobie na dzień-dobry płacić.
     Zraziło mnie to na tyle, że zakup odłożyłem do archiwum „szkodliwych pomysłów”, ale za czas jakiś wyskoczył stamtąd niczym królik z pudełka za sprawą promocji wersji 7.2. No i złamałem się — uwiodła mnie perspektywa ładnego pudełeczka, z książkami, z supportem, z dopracowanym softem…

Ślepa uliczka taniej

Sądziłem, iż najnowsze wcielenie zwiąże mnie ze sobą jeszcze silniej, ale gdy już otrzymałem upragnioną paczkę, zadowolenie trwało do momentu otworzenia jej — BUM! — przykre niespodzianki dosłownie eksplodowały.
     Ale najpierw fakty — tekturowe, lakierowane, bardzo ładnie opracowane pudełko, a w środku siedem płytek CD, jedna płyta DVD (miło), cztery książki, jedna broszura, strona nalepek, logo do przytwierdzenia do komputera, dwie boot dyskietki (niezabezpieczone przed zapisem), karta rejestracyjna i trochę jakiś papierów. Płyty umieszczono w tekturowym opakowaniu, na obwolucie którego wydrukowano FAQ, kolorowa broszura „Quick Install Manual” to instrukcja dla kompletnie, ale to kompletnie, zielonych ludzi, którzy mają silne nerwy (co trzecia strona znajduje się ostrzeżenie przed uszkodzeniem komputera albo twardego dysku), książki to „Network”, „Reference Manual” (w zasadzie jedyna przydatna pozycja), „Configuration” (de facto KDE + GNOME + szczątkowe informacje na inne tematy) oraz „Applications” (groch z kapustą, do przekartkowania).
     Na dobre złapałem się za głowę po instalacji systemu — w co ja się wpakowałem?! Zapłaciłem niemałą kwotę i co dostałem — makulaturę, którą mogę odłożyć na półkę, kilogramy oprogramowania, którego nie potrzebowałem i nie potrzebuję (SuSE silnie stawia na wszechstronność, więc z komplecie jest sporo rzeczy z multimediami i rozrywką w tytule), system, który wcale nie jest lepszy od tego co miałem i wsparcie techniczne, którego nie ma, bo być nie może! SuSE 7.2 może się podobać i być wart kupna dla osoby, która nie pracowała na darmowym 7.0. Różnica jest tak mikroskopijna, że niewarta zawracania głowy.

Do tej pory zdążyłem zauważyć następujące ZMIANY w podstawowej dystrybucji (tj. bez odnoszenia się do patchy, które są lub będą dostępne):

  • bardzo ładny instalator, ale wyłącznie w 800×600 (640×480 i tekstowy jest taki sam, jaki był),
  • przy obecnym, ale wyłączonym USB instalator się zawiesza,
  • na życzenie LILO w trybie graficznym (ładne, 640×480),
  • zmiana punktów montowania stacji dysków, CD-ROM-u,
  • X-y kładą się na potęgę.

Nie zdecydowano się na poprawę najbardziej irytującej cechy YAST-a po instalacji — braku wewnętrznej informacji o pełnym zakończeniu procesu (YAST nadal profilaktycznie jest uruchamiany tylko po to, aby stwierdzić, że został niepotrzebnie uruchomiony), a na dokładkę dopiero teraz nieprzyjemną czkawką odbija się tryb selekcji pakietów i nikła kategoryzacja. To co było dobre dla jednej płyty jest niewypałem, kiedy do wyboru jest 4.500 (cztery i pół tysiąca!) pakietów.

Mógłbym tutaj podać jeszcze sporo drobnych zastrzeżeń i powyzłośliwiać się przy okazji, ale nie zrobię tego — jest równie dużo drobnych ułatwień, o których niekoniecznie pamiętam, bo tak się z nimi zżyłem. Chciałbym podkreślić dwie sprawy — nie mogłem za wydane pieniądze poudawać naiwnego użytkownika, podczas upgrade’u (upgrade’u, nie instalacji!) trzeba nieźle ruszyć mózgownicą, a i tak na pierwsze podejście musiałem poświęcić cztery godziny (mniej cierpliwych zapraszam do lektury krótkiej instrukcji upgrade’u).
     No i druga sprawa — okazało się to niestety po fakcie — zakup kompletnie nic mi nie dał poza irytacją i zdenerwowaniem. Wydane pieniądze nie przełożyły się na zwiększenie komfortu pracy (w porównaniu do wersji 7.0). Mogłem to w zasadzie przewidzieć, cóż…

…you need a different kind of software [1]

Perypetie z SuSE otworzyły mi oczy i trochę inaczej patrzę dziś na ruch open-source i Linuxa. Można się ze mną zgadzać lub nie, ale chcę napisać tych kilka słów, aby moje przesłanki o rozstaniu się z SuSE były dla Czytelników 7thGuard bardziej wyraziste.
     Uważam za coś wspaniałego, iż tyle osób chce i pisze programy, które mogę uruchomić bez żadnych przeszkód na swoim komputerze. Doskonale, iż mogę podpatrzeć, jak jest to zrobione, być może nauczyć się czegoś przy tej okazji. Nie zawsze jest to oprogramowanie bezbłędne, ale pamiętam o tym, iż dostałem je za darmo, a nieznany mi autor poświęcił swój prywatny czas i dla satysfakcji lub sławy, stworzył coś, co jest mi przydatne. Mam ogromny szacunek dla tych wszystkich osób i jeśli kogoś należałoby wesprzeć to właśnie tych programistów.
     Ale jest wiele osób i firm, które zarówno przypadkiem jak i celowo, podążają koleinami korporacji stricte komercyjnych. Używając zaplecza entuzjastów, hobbystów, próbują realizować nierealizowalne — stworzyć produkt, wejść w kooperację, dotrzymać terminów, etc etc. Tymczasem społeczność programistów-woluntariuszy to nie olbrzymia firma ze stadem marketingowców, przełożonych, premiami i zakresami czynności. Żadna firma nie jest w stanie zapewnić supportu dla „Linuxa”, bo nie jest w stanie zduplikować tych tysięcy osób, które dołożyły się do powstania tego systemu.

Patrząc od strony SuSE, próbuje ona sprzedać coś, za co nie ponosi kompletnie żadnej odpowiedzialności, udział firmy jest tutaj minimalny, od strony kupującego jest to demoralizujące, bowiem wspiera on niewłaściwe osoby. Dochodzi do przedziwnej aberracji — synteza dzieł społeczników jest dystrybuowana jako produkt komercyjny!
     Jest to rzecz jasna w pełni legalne, ale ja nie mam ochoty w tym dłużej brać udziału. Wydając pieniądze nie otrzymam innego oprogramowania, niż to, które leży na sieci, moja gotówka nie zlikwiduje błędów — oprogramowanie open-source (w przeważającej większości) to wynik pracy pasjonatów i cały bagaż konsekwencji tego faktu nie ulegnie zmianie tylko dlatego, bo firma Z produkuje pudełka.

Pasjonaci dla pasjonatów, hobbyści dla hobbystów — nie mieszajmy domowych zainteresowań z „wielkim” biznesem.
     Dzisiaj krytycznie już patrzę na RedHata, Mandrake’a, SuSE, TurboLinuxa i innych. Te dystrybucje i ich „twórcy” zagubili się na rozdrożach usług, komercji, numerkologii, reklamy oraz software’u i dlatego zamierzam skierować swe kroki w pierwszej kolejności w stronę Debiana.

Podziękowania dla polskiego dystrybutora

Na sam koniec chciałbym serdecznie podziękować firmie Animmus, z której usług korzystałem, za umożliwienie mi powrotu do radosnych dni mojego dzieciństwa. Chwyciła mnie za serce Państwa dyletancka obsługa, którą jakże dobrze pamiętam z dawnych lat — jak niewiele jest już obecnie miejsc, gdzie traktuje się klientów per noga. Jak niewiele firm ma odwagę pielęgnować tradycje, gdzie zaspany pracownik ustawia odpowiednio przeszkadzającego mu petenta czarującym „słuuuuuuchaam”, gdzie ukrywa się cenowe kruczki w drobnym druku [2], gdzie nieskażony operatywnością pracownik na prośbę o zwrotny mail nadal potrafi odpowiedzieć z doskonałym wyczuciem humoru sytuacyjnego „aaa, to panu o mail chodziło?”.
     Doprawdy, kontakty z Państwem to, całkiem dosłownie, niezapomniane przeżycie.

El finito


[1] tekst zapożyczony z reklamy IBM-a.

[2] tak, był tu haczyk z gatunku „czytaj detale, idioto” — przy zwykłej sprzedaży firma nie doliczała kosztów przesyłki, a w promocji i owszem, przez co podane procenty przestawały wyglądać już tak atrakcyjnie.

Archiwalny news dodany przez użytkownika: MACiAS.
Kliknij tutaj by zobaczyć archiwalne komentarze.

Oznaczone jako → 
Share →